14/06/2025
Bałkany motocyklem wiosna 2025
Tradycyjnie to będzie mój opis, moje opinie i spostrzeżenia – być może subiektywne i odmienne od czyichś – trudno :-) Określiłbym, że jest to takie liźnięcie w locie paru procent danego kraju.
Ponieważ głównym celem była Albania to zdecydowaliśmy wykonać to o wcześniejszej porze roku – na przełomie kwietnia i maja – unikając tamtejszych upałów.
Z oszczędności czasu przez Polskę pojechaliśmy autostradami – nudno i źle - ale ponieważ dla każdego z nas to już n-ty raz więc szybko pyk A1 z góry na dół bez patrzenia na boki. Przez większość tego odcinka temperatury oscylowały w granicach 10-15st. C. Pierwszy nocleg zorganizowaliśmy w Czechach – następnego ranka ruszyliśmy przez Czechy na Słowację i dalej w kierunku Balatonu (jeden z zaplanowanych punktów drogi). Przez Węgry jechaliśmy koszmarnie długo (omijając autostrady i celowo jadąc turystycznie wzdłuż całej północnej krawędzi jeziora). Na granicę z Chorwacją dotarliśmy już wieczorem – dojechaliśmy kawałek za Zagrzeb i tam nocowaliśmy. Motel zabawny, teoretycznie zamknięty – otwierany na zlecenie i potrzebę („będę za pięć minut” :-)).
Rano dalej zimno – poranny wyjazd autostradą z Zagrzebia w kierunku Splitu. Momentami było w granicach 8st. C więc mimo niechęci skorzystałem jeszcze trochę z rękawic… Dość wcześnie zaczynają się piękne widoki – góry, skały i tunele. Niektóre tunele kilkukilometrowe, dobrze utrzymane, oświetlone i ze staranną sygnalizacją. Zaczęły się też korytarze między szczytami – nieraz po wyjeździe z tunelu uderzał w nas przerażająco silny boczny wiatr. Bywało, że po jednej stronie tunelu było zimno i ciemno a z drugiej witało letnie słońce… Już przy tej autostradzie są punkty widokowe, znaczne przewyższenia itp. Tam spotkaliśmy na przykład ćmy większe kilkakrotnie od naszych motyli – o rozpiętości skrzydeł ok. 10cm (prawie nietoperz :-)).
Split to spore miasto – i właśnie gdzieś od niego zaczyna się część Chorwacji najbardziej atrakcyjna pod kątem nadmorskich widoków – Dalmacja. Tam też natarły już na nas upały. Celowo w kierunku Dubrownika nie jechaliśmy szybszą drogą ale tą nadbrzeżną przez miejscowość Makarska. Widoki są tam niesamowite właściwie przez cały czas – piękna woda, wybrzeże, jednostki pływające, plaże, urokliwe zabudowania. Niestety radość podróżowania psuje dość znaczne natężenie ruchu pieszych i pojazdów a momentami niewiarygodne wręcz zagęszczenie fotoradarów… Bywało, że jeden od drugiego oddalony był raptem o kilkaset metrów. Czy one wszystkie działają to nie wiem ale miejscowi zazwyczaj też tam bardzo zwalniali.
Kilkadziesiąt kilometrów przed Dubrownikiem droga przeskakuje Mostem Peljeskim na półwysep omijając fragment bośniackiego wybrzeża (w okolicy miejscowości Neum).
Marek został na noc w Dubrowniku – a ja tak bardzo się uparłem na dalszą drogę, że dojechałem jeszcze do Igalo w Czarnogórze. Wjazd do Czarnogóry określiłbym jako start prawdziwej bałkańskiej fajności… Praktycznie zaraz po przejechaniu granicy zaczyna się lekki bałaganik i pojazdy z poprzedniej epoki. Bardzo popularnym pojazdem okazuje się Renault 4 a Golfy II jeżdżą jeden za drugim… Dużo Mercedesów 124, Passatów drugiej i trzeciej generacji oraz Kadetty – „łezki” i jeszcze „kwadraciaki”. Samochody z lat 80’ które u nas daje się spotkać w zasadzie jedynie na paradach i zlotach youngtimerów występują tu w ogromnych ilościach (w różnym stanie – ale zazwyczaj niezłym). W Czarnogórze poznałem też zwyczaj pozdrawiania się klaksonami. Polega to na tym, że jeśli jadąc samochodem widzisz kogoś znajomego to robisz „titit”. Jeśli on jedzie drugim samochodem z naprzeciwka to robi to samo. Titka się również na znajomych pieszych, pracowników stacji czy różnych usługodawców. Byłem świadkiem takich sytuacji, że na pracownika stacji siedzącego przy dystrybutorze trąbią prawie wszyscy przejeżdżający. Pod kątem hałasowo-ekologicznym jest to pewnie zwyczaj dyskusyjny – ale od strony ludzko-towarzysko-braterskiej – piękny i przyjemny. Przechodzenie przez przejście dla pieszych zaczęło być też inne niż współcześnie u nas – miałem wrażenie, że trochę muszę uciekać przed samochodami :-)
Następnego ranka ruszyłem w kierunku Zatoki Kotorskiej. Jest ona dość rozległa i podróż przezeń można trochę skrócić korzystając z promu – ale ja zaplanowałem, że cisnę lądem objeżdżając ją całą. Jedzie się praktycznie cały czas przy krawędzi wody – czasem prawie na jej poziomie a za chwilę pnąc się do góry i obserwując z takiego położenia. W wielu miejscach szosa jest bardzo wąska i kręta a od wody nie dzieli jej nawet najmniejsza barierka – nietrudno jest więc chwilę nieuwagi zakończyć szybkim wodowaniem. Są już kamienie na drodze, bardzo ciasne zakręty i pionowe skały. Kilometrami piękne widoki – słodkie domki, zabudowania, zabytki i niebieska woda na wyciągnięcie ręki. Taka pokręcona Dalmacja :-). Ciężko tam się jedzie bo co 200-300m chciałoby się zatrzymać – popatrzeć, ponapawać się widokiem, cyknąć fotkę… Popularna staje się roślina z kolcami (chyba aloes) która wyrasta np. poziomo z pionowych skalnych ścian otaczających zabudowania. Ludzie fajni, zaangażowani zupełnie w inne zajęcia niż nasze… Niestety czarnogórskie miasta Kotor i Budwa podczas mojego poniedziałkowego przejazdu były tak koszmarnie zakorkowane, że przejazdu tam samochodem w ogóle sobie nie wyobrażam. Poznałem tamże przeciskaństwo jednośladami każdą wolną szparą (czasami przerażające). Jechałem jedynym oficjalnym objazdem remontowanej głównej drogi prowadzącym dziurami z piachem i błotem. Zobaczyłem również, że do tunelu w skale można mieć podejście znacznie luźniejsze niż np. na Chorwacji. Wentylatory wyją jak lądujący samolot, oświetlenia nie ma, znaki poziome mało czytelne :-) Luz – masz tunel, ciesz się, nie narzekaj, przecież jest - działa ;-)
Montenegro jest OK :-)
Dotąd nie wiem dlaczego ale za miejscowością Bar gugle mapsy pchnęły mnie na Kunje (normalna navi w trybie samochodowym). Nagle z szerokiej wygodnej drogi po dwa pasy w stronę kazało mi skręcić w wąziutką asfaltówkę pnącą się między krzaki stromo do góry. Na tyle strono i ciasno, że jazda na 1 i 2 biegu…. Tu pierwszy raz zacząłem się bać co jeśli z naprzeciwka zza zakrętu z góry wyskoczy golfik trójeczka choćby 30km/h…. Wiło się to tak między drzewkami i płotkami, że w pewnym momencie straciłem nawet kierunek na „Skadar”. Ostatnie kilometry do granicy z Albanią to ewidentny koniec świata i braki cywilizacji.
Po przekroczeniu granicy albańskiej przy samym posterunku natarła na mnie i inne pojazdy grupka cygańskich dzieciaków – bose i błagające o pieniądze czy cokolwiek. Zupełnie nie wyglądały na udające niedostatek… Podobnie wyglądał pierwszy odcinek drogi do Szkodry – bieda, wraki samochodów (albo te jeżdżące wyglądające podobnie), kopuły dawnych schronów podwórkowych itd. Nagle zniknęły miejscowe motocykle a zamiast nich wszyscy jeżdżą małymi azjatyckimi motorowerkami na dużych kołach (stan zazwyczaj słaby). Pod sklepami potrafi takich stać kilkanaście jeden obok drugiego – pochylone na bocznej nodze głęboko na bok. Często brudne, zakurzone, bez tablic rejestracyjnych. Ludzie bez kasków, wyluzowani.
Szkodra uderzyła mnie swoim ruchem ulicznym. Pomimo, iż potrafię w razie potrzeby poruszać się stylem za który u nas jest w 15 minut 200 punktów karnych i obfity opis w wiadomościach to tam momentami zastanawiałem się czy ja to przetrwam… Nikt nie wnika w pierwszeństwo, prześlizgują się na centymetry, tu pod prąd, tam chodniczkiem albo ścieżką rowerową… Rondo kręci się w jedną stronę ale jeśli idzie za wolno a są szparki to np. pod prąd jadą rowery czy motocykle… Musisz się pchać w każdą dziurę bo jeśli nie to tamtędy kulturalnie i sprytnie objedzie cię samochód albo kilka. Samochody parkuje się nagle na środku ulicy co zmusza innych do karkołomnego omijania. Zupełnie normalnym obrazkiem jest skuterek którym dorosły mężczyzna wiezie dwa córki – cała trójka bez kasków, tablicy rejestracyjnej brak a tato gada przy tym przez telefon :-) Wolność, wszystko dozwolone :-) Jakby tego było mało to gugle w dwóch czy trzech miejscach potrafiły nas tam pchać w dużą ulicę pod prąd (nie było to przypadek bo następnego dnia działało dokładnie tak samo). Jedyny objazd takiego miejsca potrafił prowadzić 2km dłuższą drogą przez uliczki między budynkami szerokie na jeden samochód – a dwukierunkowe. Kilkakrotnie miałem sytuację gdy zatrzymałem się przed przejściem puszczając idących ludzi a w tylne koło niemal nie wbił mi się jakiś kierowca samochodu nie przywykły do takiego zwyczaju… Przejeżdżałem w mieście obok warsztatu rowerowego – zorganizowany był przez starszego pana na chodniku pod gładkim murem. Nie było żadnego pomieszczenia, boksu czy schowka – pańcio siedział pod minimalnym daszkiem znad muru – w jego pobliżu stało lub leżało kilka rowerów i coś tam z nimi czynił. Wyglądało, że na koniec pracy bierze w rękę czy na plecy narzędzia i pojazdy i znika stamtąd. Warsztaty samochodowe też wyglądały często ciekawie – np. z polem odkładczym na dachu. Ładny oszklony warsztat samochodowy – a na jego dachu hałda starych opon albo pogięte drzwi, blachy i zniszczone zderzaki. U nas ochrona środowiska z powodu omdlenia odstąpiłaby pewnie od wystawienia mandatu :-)
Albania to kraina Mercedesów. Nigdzie indziej w Europie tyle ich nie widziałem…. Zwróciliśmy uwagę, że jak cykniesz fotkę na ulicy to z sześciu samochodów przynajmniej pięć jest mercedesowych :-) Są Mercedesy stare, nowe, duże, małe… Jeśli jedzie laweta to na 90% Mercedes, busik Mercedes itd. Ogólnie od lat 60’ do obecnych – z dostawczaków 608, T2, kaczki, sprintery…. Beczki, bardzo dużo 124, 115, okulary, jedenastki, dwunastki itp. Są też eski, A-klasy itp. W większości są ładne albo bardzo ładne – i wyglądają na zadbane.
Przyjęliśmy sobie już na początku, że jeździmy tylko asfaltami – mogą być podłe ale drogi utwardzone. Na ofrołdy nie było czasu – a motocykle też za ciężkie i zbyt obładowane.
Na początek pojechaliśmy SH21 z Koplik do Theth. Droga do Theth choć od paru lat cała asfaltowa to jest szeroka mniej więcej na jeden samochód i kręta ile się da. Ma długość nieco ponad 50km i jakieś półtorej godziny to spokojnie się tam jedzie – jeśli nie dłużej. Po drodze wspinamy się na ok. 1700m n.p.m. - wioska jest znowu w dolinie na wysokości ok. 700m. Rozwija się intensywnie, powstają budynki i hotele oraz punkty handlowe i gastronomiczne. Stanowi dobrą i znaną bazę do wypadów na szczyty Gór Przeklętych. Drogą bardziej dziką można zatoczyć pętlę z Theth przez Prekal do Szkodry – co z powodów wiadomych odpuściliśmy.
Wyjeżdżając rano z Theth spotkaliśmy po drodze trochę kamperów – i orzekliśmy, że jazda kamperem po węższych albańskich drogach to jak chodzenie z pontonem w niedzielę po Krupówkach – się fizycznie pewnie da ale ani przyjemne ani sensowne. Bywa, że jeśli muszą się minąć dwa większe pojazdy to jeden cofa – a gdy kilka pojazdów jedzie jeden za drugim to stopień komplikacji znacząco wzrasta.
Następnego dnia pojechaliśmy przez SH5 na SH22 i SH23 – naokoło przez Fierze i Pac aż do Kukes. Obie drogi to niesamowita dzicz… Czasem jedzie się kilkadziesiąt km pustkami – również rzadko kiedy spotykając jakiś pojazd. Natomiast jeśli już ktoś siedzi przy drodze albo jedzie z naprzeciwka – musowo macha lub trąbi pozdrawiając. Piękny i ciepły zwyczaj. Spotyka się tam zarówno opuszczone domy i siedliska jak i żywe pięknie utrzymane gospodarstwa pośrodku niczego… Fakt, że zatrzymywaliśmy się wielokrotnie na kilka minut – żeby się napić, zrobić zdjęcie – popatrzeć i poczuć przestrzeń – ale raczej jechaliśmy cały czas i w miarę sprawnie – a mimo to przejechanie ok. 300km zeszło nam ponad 10h. Jedzie się wolno, na zakrętach trzeba bardzo zwalniać ponieważ nie widać co jest za nim a do tego na jezdni leży piach i kamyki większe lub mniejsze. Ruch jest tam na tyle sporadyczny, że jak coś spadnie to leży i trudno to rozjeździć. Jeździ się najczęściej półkami (z jednej strony skała a z drugiej daleko i stromo w dół) ale momentami też jakimś korytkiem/wąwozem albo granią. Spotykamy dużą ilość przydrożnych pomników oznaczających miejsca gdzie ktoś zginął… Przyznam, że spotkanie tam śmierci jest nietrudne. Barierki w wielu miejscach są (po stronie skarpy w dół) ale bywa, że jeśli droga akurat przejeżdża mostkiem nad obustronną przepaścią (np. koryto rzeki) to tam już nie ma żadnej barierki ani nawet krawężniczka :-( Dziwne trochę bo skarpa (nawet stroma) niesie przecież szansę jakiegoś zakotwiczenia podczas spadania – a na mostku nie ma ani takiej szansy ani barierki…
W kwestii urbexowania Albanię można uznać za raj – opuszczonych miejsc i pół zrujnowanych chałupek rozmaitej konstrukcji jest naprawdę sporo. Małe, duże, prywatne, przemysłowe…
Jeden z noclegów trafił się w Kukes – mieliśmy przez to okazję pochodzić tam wieczorem i poczuć klimat miasta. Ciekawostka – koło 23 czynne było sporo sklepów spożywczych, salony barbersko-fryzjerskie, sklepy z telefonami, dziecięcymi ubrankami czy piekarnie. Mięsny był zamknięty ale mamy zdjęcie przez szybę :-] Na ulicy mnóstwo chłopców i mężczyzn – spacerujący, siedzący, dyskutujący, jeżdżący swoimi mercami. Kobiet niewiele – widoczne przede wszystkim jeszcze w pracy w sklepikach i firmach.
Jedzenie w Albanii i Czarnogórze nas oczarowało – czegokolwiek nie wzięliśmy to świetne. Nie ma tam cudów – ogólnie mięso, sosy i warzywa – bez zaskakujących składników czy smaków – ale takie tradycyjne, dobre, odpowiednie. Podobnie jak np. w Rumunii do większości posiłków dostaje się chleb. Zamawiasz obiad np. zupkę lub ziemniaki czy frytki z kotlecikami i kiełbasą – a do tego pyk w koszyku pokrojony bochenek chleba – i pytają jeszcze często czy go nie dołożyć.
W większości miejsc w Albanii wystarcza język angielski a także daje się płacić w euro (w Czarnogórze euro jest oficjalną walutą). Dość często jednak dostajemy informację „only cash” (np. na stacjach paliw) więc dobrze jest posługiwać się gotówką. Podczas podróży mam taką zasadę, że posiadanie, rozumienie i stosowanie miejscowej gotówki to też element przyjęcia tradycji i pokłonienia się przed napotykanymi ludźmi – po prostu zbliża. Z mnogością odmiennych walut radzę sobie używając dwóch albo nawet trzech portfeli – na konkretny kraj i żonglując w razie potrzeby. Wiadomo, niektóre państwa stanowią tylko kilkugodzinny tranzyt z jednym tankowaniem – wtedy nie ma sensu spinać się na tę chwilę z miejscową gotówką i płacimy na szybko kartą lub ojrami – ale jeśli gdzieś nocleg, spacer po mieście, zwiedzanie czy wizyta w kawiarence to już przyjemnie jest mieć ichni papierek i monety.
Choć wcześniej tego nie planowaliśmy to postanowiliśmy wrócić przez Bośnię i Hercegowinę. Ustaliliśmy więc przejście graniczne z Czarnogóry wiodące na Mostar. Jakiś kilometr przed granicą dojechaliśmy do końca kolejki samochodów – przez moment zastanowiliśmy się co w tej sytuacji – ale że uśmiechnięci miejscowi stojący w kolejce machali nam rękami z uśmiechem i pozdrowieniem, że mamy jechać na czoło kolumny bokiem to tak powoli zrobiliśmy. Dojechaliśmy na ok. 100m do przejścia, zatrzymując się równolegle do samochodów, zgasiliśmy silniki i zaczęliśmy rozmyślać co tera. Marek zaproponował, że zaproponuje komuś z kolejki gumy rozpuszczalne (bo ma dużo) i po krótkiej bajerce na pewno sami zaproponują byśmy przed nich wjechali – będzie fajnie, przyjaźnie i sprawnie (bo odprawy turystów motocyklistów wszędzie przebiegały momentalnie – zazwyczaj zaledwie sekundy przy okienku). Nasze przemyślenia w okrutny sposób przerwała pasażerka kampera z Europy Zachodniej który zatrzymał się przy nas… Angielskim (nie swoim rodowitym) krzyczała i trochę pluła, że oni czekają dwie godziny, że mają dzieci z tyłu, że mamy się wynosić gołełej won wypad na koniec kolejki bo oni czekają i coś tam mnóstwo wrzasku itp. Żyła jej wyszła na czele… Zaczęła nam insynuować, że pewnie nie mamy dzieci i dlatego chcemy w okrutny sposób ryzykować życiem tych jej. W tym słowotoku nie było żadnej przerwy na naszą odpowiedź czy wyjaśnienia. My przecież nawet nie próbowaliśmy się wciskać, tym bardziej przed nich… Kompletnie bezczelna i nieadekwatna reakcja – pokazała wyraźnie dysproporcję pomiędzy tym otwartym i wciąż przyjaznym światem bałkańskim a zachodnim – roszczeniowym, teoretycznie poukładanym – ale w rzeczywistości agresywnym, nieprzyjaznym i egoistycznym – moja racja jest mojsza niż twojsza... Odpuściliśmy pani, pośmialiśmy się chwilę z grupką motocyklistów ze Słowenii – i wszyscy razem zawróciliśmy w kierunku innego przejścia – 20km dalej. Nie było tam żadnej kolejki...
Po wjeździe do BiH zaskoczyła mnie ogromna ilość flag serbskich – bo od strony Montenegro na terenie BiH jest Republika Serbska – praktycznie nie spotykamy flagi bośniackiej za to w ogromnych ilościach są te serbskie. Przez chwilę aż pomyślałem, czy to na pewno Bośnia :-)
Przed Mostarem zajechaliśmy do Objekt Buna (aircraft hangar Gnojnice) – ogólnie niedostępny i za szlabanem ale bez istotnych szykan. Wielki, długi, ciemny tunel przelotowy – ciekawa budowla.
Mostar to piękne miasto – choć koszmarnie doświadczone przez wojnę sprzed 30 lat – co nadal jest widoczne…
Piękna rzeka Neretva płynąca skalną doliną dzieli miasto na dwie części – połączone kilkoma mostami. Wyznacza ona też szlak na północ w kierunku Sarajewa – dość długo sąsiaduje drodze.
W Mostarze niemal na każdym kroku spotykamy budynki uszkodzone lub zniszczone przez wojnę. Większość z nich sąsiaduje bezpośrednio z tymi ładnymi, czynnymi, zamieszkałymi – ponury kontrast...
Spotkaliśmy tam też psa śpiącego beztrosko w upale i nie zważającego na tłumy przechodzących ludzi – na dodatek zmieniał kierunki leżenia i lokalizację :-)
Lecąc Bośnią na północ navi zrzuciła nas nieoczekiwanie na parę kilometrów w leśne szutry – ugraliśmy dzięki temu niemałą oszczędność czasu i dystansu.
Z internetem radziliśmy sobie za pomocą eSim – świetny patent. Kupuje się pakiet na kraje europejskie (obejmuje on również te spoza UE – na terenie UE to oczywiście zbędne ale można korzystać) i po prostu to cały czas stabilnie działa – bez jakiejkolwiek konieczności ingerencji – zmienia się i przesterowuje po swojemu - także przy przeskokach przez granicę. Tanie i skuteczne. Mieliśmy też w zanadrzu apki z mapami offline – ale okazały się niepotrzebne.
Podsumowanie:
Koszty noclegów oraz jedzenia w barach i restauracjach. Jeśli mam ocenić poszczególne kraje bałkańskie to w mojej opinii w Bośni jest podobnie jak u nas, w Chorwacji trochę drożej a w Czarnogórze i Albanii trochę taniej niż w PL. Paliwo czy zakupy spożywcze kosztują oczywiście podobnie jak u nas.
Łącznie zrobiliśmy ok. 4700km. Gdybyśmy jechali mocno prosto to w stronę wyszłoby może 2000km. Jak pisałem – raz było poniżej 10st. C a kiedy indziej upał 30st i lepiej. Średnią mieliśmy raz koło stówki a raz 30km/h… Bywały dni gdy tankowaliśmy co trzy godziny oraz takie, gdzie nie dało się od rana do wieczora wyjeździć zbiornika…
Co do odległości – w takich momentach zazdroszczę np. rodakom z południowej Polski – ponieważ oni mają nudnej jazdy tylko kilkaset kilometrów przez Słowację i Węgry – podczas gdy my 600-700km więcej przez Polskę znad morza… Polska jest piękna – ale nie podczas jazdy autostradą :-)
Tak jak pisałem wcześniej – nie lubię tortur więc samochodem w południowe Bałkany nie chciałbym jechać. Widzieliśmy jak ludzie próbują przedostać się kamperami do Theth – męczarnia…
Jaki motocykl wg mnie już tam na miejscu? Oczywiście najlepiej turystyczne enduro – ale jakimkolwiek lepiej niż samochodem. Z uwagi na stromizny i bardzo ciasne wymagające zakręty problematyczne są duże motocykle turystyczne czy cruisery – zwłaszcza z wysoką i niemodyfikowalną jedynką (na wale kardana). Nakedem czy szosówką udającą enduraka oczywiście się da – ale ryzyko gleby na którymś z setek zakrętów jest naturalnie większe. Skok zawieszenia, bieżnik opony czy różnica ciśnienia w oponach rzędu pół atmosfery – to ma znaczenie na dziurach, kamyczkach i piaseczkach – zwłaszcza gdy jedzie się wiele godzin.
Zachęcam oczywiście do wszelkiego naśladownictwa - zarówno pod kątem korzystania jak i sporządzania ewentualnych relacji ;-)